Musimy to zrobić! Czyli lista rzeczy do zrobienia z dzieckiem.


Pamiętacie beztroskie chwile swojego dzieciństwa? Smak Vibovitu i oranżadki w proszku wyjadanej paluchem prosto z torebki? Przemoczone skarpetki po zabawie w kałużach? Przerażenie mamy, gdy machaliście jej z czubka najwyższego drzewa? Radość ze skakania po sianie? Ekscytacje i dreszczyk emocji, gdy chowaliście się w ziemiance wykopanej 15 minut temu? Na samą myśli mam dreszcze. Tyle miłych wspomnień, dziurawych portek i niezapomnianych przeżyć.

Czytaj dalej

Macierzyństwo mnie zmieniło, ale oszczędziło mój charakter.



Przeglądam zdjęcia. Wesoła, młoda i piękna (grunt to dobra samoocena), pełno pomysłów w głowie, szalona a zarazem stateczna, wrażliwa na krzywdę innych... Tak było kiedyś. Czy teraz jak jestem matką jest inaczej? Nie.



Część kobiet głośno deklaruje, że ich charakter mocno się zmienił po ciąży. Macierzyństwo uwrażliwia i budzi największe pokłady empatii, troski o innych i potrzeby bliskości. Nie można obojętnie przejść obok cierpienia innych, bo przecież to samo mogło spotkać nas. Potrzebujemy czuć się za kogoś odpowiedzialne i roztaczać nad kimś aurę miłości i czułości. Nasza cierpliwość jest naginana do granic wytrzymałości i nie pęka. Większość naszych myśli fruwa wesoło obok naszego ogniska domowego i nie pozwala myśleć o sobie. Gdy przywitałam na świecie swojego synka nie musiałam myśleć o tym, że zmienię się w ckliwą osóbkę. Ja taka byłam już wcześniej. Przyznaję się otwarcie, że płakałam na filmach o miłości. Wzruszały mnie szczeniaczki i kociaki. Zawsze wrzucałam coś do puszki dzieciom stojącym przed sklepami. Z drżącym sercem słuchałam w wiadomościach o przerażających historiach i krzywdach na całym świecie. Byłam i pozostałam bardzo wrażliwym człowiekiem.

Jest jednak coś co macierzyństwo we mnie zmieniło. Z kruchej i słabej, wiecznie chorej, sennej i mało aktywnej osoby stałam się pełną życia i energii mamuśką. Odkąd Filip jest na świecie nie zachorowałam ani razu, bo nie mam na to czasu. Śmieję się i wygłupiam z synkiem przez większość dnia. Chętnie chodzę na spacery i na nowo odkrywam świat, bo przecież muszę pokazać dziecku wszystko. Wstawanie w nocy żeby zamknąć okno, zabić komara lub zwyczajnie poprawić kołderkę lub poduszkę nie jest mi straszne. Pobudka o 7, 6, 5? Żaden problem. Mimo, że śpię o wiele mniej niż kiedyś to stałam się bardziej wypoczęta i pełna energii.

Macierzyństwo zmienia na plus! Mój charakter oszczędziło, ale dobrało się do ciała i ducha ;)
Czytaj dalej

Szpital szpitalowi nierówny- czyli o niesprawiedliwej walce matki z NFZ.





Nareszcie w domu!

Jak część z Was już wie ostatnie dni spędziliśmy w szpitalach. Filipek mocno się rozchorował i nie było innego wyjścia... W moich uszach słowo SZPITAL brzmi niczym WYROK lub TORTURY.

Jako matka wcześniaka, który musiał zaliczyć wiele badań u przeróżnych specjalistów naoglądałam się przedziwnych szpitalnych sytuacji i byłam pewna, że nic mnie już nie zdziwi. Widziałam lekarzy przyjmujących prywatnie w państwowych gabinetach i na państwowym sprzęcie. Byłam świadkiem specjalistów przyjmujących w dwóch, a nawet trzech miejscach jednocześnie- żeby 'ciągnąć' kilka pensji. Słowa sekretarek, pielęgniarek i innych 'przemiłych' pań bardzo często sprowadzały mnie na ziemię i uświadamiały, że w dzisiejszych czasach ciężko o uprzejmość. "Przecież to nie mój problem", "Przeczytaj sobie", "Ja nie jestem od tego", "Trzeba było pilnować dzieciaka", "To nie ja go urodziłam"- a wystarczyłoby zwykłe tak lub nie, ewentualnie sprawdzenie czegoś w jednym z magicznych segregatorów... Nie dziwią mnie kolejki do specjalisty na dwa lata do przodu. Nie dziwi frustracja czekających pacjentów.

Jednak bardzo się myliłam. NFZ ma się gorzej niż myślałam. Filip się rozchorował, a częstotliwość zapełniania pieluszek wzrosła do liczby przyprawiającej mnie o dreszcze. W dodatku zaczął odmawiać przyjmowania płynów. Wystraszona zdecydowałam, że czas do szpitala. Leki od pediatry nie dają rady, a z dzieckiem coś się dzieje. Wybrałam szpital, który położony jest bliżej naszej miejscowości. Bałam się, że Filip się odwodni. Na miejscu dopiero po ponad godzinie zostaliśmy przyjęci przez lekarza. Później już było tylko gorzej. Oddział nie wyglądał sympatycznie... Bałagan, kurz, koty z paprochów walające się po podłodze, przepełnione kosze, dzieci wymiotujące na podłogę i nikogo kto kwapiłby się do sprzątania. Każde dziecko przyjęte na oddział słyszało, że złapało tzw, jelitówkę. Żadnych badań krwi, kału, moczu- nic. Leczono tam trzema środkami:
- Tak musi być.
- Samo przyszło samo przejdzie.
- Obserwujemy.
Przeczekaliśmy trzy dni i nastąpiła poprawa. Wracamy do domu. Całe szczęście, bo od spania na podłodze i oglądania tego wszystkiego dostawałam już nerwicy. Oczywiście przed wyjściem musiałam zapłacić 15 zł za nocleg i możliwość przebywania obok dziecka.

W domu wydawałoby się, że wszystko było ok. Niestety wieczorem Filip zaczął wymiotować. Zawiadomiliśmy pogotowie, które przyjechało w ciągu 10 minut. Stwierdzili, że trzeba do szpitala. Byłam załamana ale jak mus to mus. Tym razem trafiliśmy do zupełnie innego szpitala w Trzciance. Jeszcze tej samej nocy zrobiono dziecku morfologię, badanie kału i pobrano mocz. Można? Można! Pielęgniarki zaglądały co chwilę i sprawdzały czy nic złego się nie dzieje. Lekarze nie bagatelizowali i nie lekceważyli żadnej z moich obaw. Okazało się, że Filip złapał w poprzednim szpitalu rotawirusa. Wcale mnie to nie zdziwiło, bo warunki sanitarne w pierwszym szpitalu były katastrofalne. Pomyślałby ktoś niebo a ziemia. Niestety, gdy już wychodziliśmy okazało się, że muszę zapłacić 130zł za czuwanie przy synku.

Ja się teraz pytam grzecznie: Dlaczego matka musi płacić za to, że czuwa przy swoim dziecku?
Czytaj dalej

Kolację podano!


Dzisiaj narobię Wam trochę apetytu. To wszystko przez Majonez Kętrzyński ;) Muszę przyznać, że uwielbiam majonez. Ten jest chyba moim ulubionym. Lubię jego zapach, który długo pozostaje świeży, zresztą tak samo jak smak. Majonez nie traci po chwili smaku, zapachu i nie zmienia koloru. To dla mnie ważne. Jako matka nie zawsze mam czas, aby od razu zjeść przygotowane danie. Czasami muszę najpierw nakarmić Filipa lub po prostu czymś go zabawić. Oczywiście danie nie czeka na mnie kilka godzin tylko kilka lub kilkanaście minut, ale i w tym czasie niektóre majonezy potrafią zżółknąć. Strasznie mnie to odrzuca. Ten majonez doskonale pasuje do kanapek, sałatek, jajek, frytek, sosów. Po prostu do wszystkiego ;)

A swoją drogą ładnie podane jedzonko jakoś tak lepiej smakuje :) Szkoda tylko, że tak rzadko mam czas na takie zabawy i strojenie talerza. Pociesza mnie fakt, że już niedługo Filipowi będę robiła kolorowe kanapeczki, ludziki z warzyw i takie tam. Przynajmniej taką mam nadzieję. W końcu będę mogła popisać się inwencją twórczą, która ostatnio nieco we mnie obumarła ;)
Czytaj dalej

Piernik z wiśniami... mniam!



Znacie Piernik Kętrzyński? Ja już znam. Piernik ten gościł u nas w Boże Narodzenie. Dzięki firmie Credo pr miałam okazję znowu go przetestować i trochę pokombinować ;) Tym razem dodałam do niego trochę wiśni, czekoladową polewę, posypkę, orzeszki i... opłaciło się! 

Wystarczyła dosłownie chwila chęci a radość towarzysząca pałaszowaniu była wielka. Bo my lubimy dobrze zjeść ;) Wszyscy bez wyjątku. Przeraziła mnie tylko ilość oleju, którą musiałam użyć, bo od jakiegoś czasu bardziej zwracam uwagę na to co jemy. No ale przecież czasami można sobie pozwolić na coś pysznego. A wiecie co jest najpiękniejsze w tym pierniku? Po jego przygotowaniu miałam tylko JEDNĄ miskę do wymycia i praktycznie zero sprzątania. W dodatku jego przygotowanie zajęło dosłownie chwile a ja miałam więcej czasu dla Synka. Zabrakło mi tylko informacji o rozmiarach blaszki, w której piernik powinien być przygotowany. Ciasto wlałam do dużej blachy przez co piernik wyszedł bardzo niski. Zresztą zobaczcie sami...


Lubicie pierniki? Może znacie jakieś fajne przepisy na jego ulepszenie? Co jeszcze dodajecie do takiego pierniczka?


Czytaj dalej

Jak spray Venal pomógł mi w upały.

Pamiętacie jak pisałam Wam o moich odczuciach dotyczących sprayu do zmęczonych nóg Venal? Jeżeli nie to możecie zajrzeć TUTAJ. Testowałam go zimą. Tym razem mogłam przekonać się jak radzi sobie latem.

Nie wiem jak Wy, ale ja latem dużo bardziej odczuwam zmęczenie nóg. Upały dają mi się we znaki a nogi puchną i odmawiają posłuszeństwa. W ciągu dnia nie mam nawet chwili, aby poleżeć z pępkiem na wierzchu i zarzucić nogi na żyrandol. A szkoda ;) W związku z tym muszę szukać dla siebie jakiś innych alternatyw. Powiem Wam szczerze, że spray Venal latem sprawdza się świetnie. U nas w domu nikt nie spędza całego dnia na kanapie przed telewizorem. Staramy się żyć aktywnie, ale nogi czasami nie chcą współpracować.

Spray Venal był z nami na kilku dłuższych spacerkach. Uczucie chłodzenia jest przecudowne gdy z nieba leje się żar. Można go bez obaw stosować w miejscach zamieszkałych przez komary i inne tego typu paskudy. Jego ziołowy zapach na szczęście ich nie przyciąga. Jedynym minusem jest uczucie lepkości, które mi bardzo przeszkadzało. Czułam, że się kleję. Myślę jednak, że coś kosztem czegoś. Byłam w stanie to wytrzymać, bo w zamian mój ból nóg znacznie się zmniejszał. Bardzo podoba mi się to, że nie muszę brudzić sobie rąk, wystarczy spryskać nogi, spray sam się rozprowadzi. Opakowanie jest bardzo estetyczne, przejrzyste i przede wszystkim nieprzesadzone. W dodatku pasuje mi do kafelek w łazience ;)

Z czystym sumieniem mogę Wam polecić spray Venal. Latem sprawdza się nawet lepiej niż zimą!



Czytaj dalej

Naturalnie znaczy lepiej?


Jestem wielkim zwolennikiem naturalności pod każdą postacią. Staram się żyć w zgodzie z naturą, bo wiem jak ważne jest to dla mojego organizmu. Dlatego zakochałam się w tej książce od pierwszego wejrzenia. Podobno nie ocenia się książki po okładce, ale ja się w tym przypadku nie podporządkowałam do tego powiedzenia ;) Przygotowałam dzisiaj dla Was jej recenzję.

Tytuł: "Vademecum naturalnego zdrowia"
Autorzy: Andreas Moritz, John Hornecker
Wydawnictwo: Vital

Książka składa się z trzech głównych części: najczęstsze przyczyny chorób, zdrowe odżywianie i zrównoważony styl życia.

Część pierwsza jakoś nieszczególnie mnie zainteresowała. Jest bardzo naukowa. Możemy się z niej dowiedzieć co przyczynia się do naszych chorób i złego samopoczucia. Rozdziały są krótkie, to sprawia, że dobrze się je czyta a wiedza na dłużej zostaje w główce.




Część druga zainteresowała mnie dużo bardziej. Wraz z pojawieniem się Filipa coraz bardziej zaczęłam interesować się zdrowym odżywianiem. Wiadomo, że internet jest dobrym źródłem wiedzy, ale ja lubię mieć wszystkie najważniejsze informacje w jednym miejscu, w formie papierowej. Dużo wygodniej jest mi wziąć do ręki książkę i w spokoju poczytać niż włączać laptopa, którego usilnie próbuje zabrać mi mój synek. Ta książka to świetne źródło wyselekcjonowanej wiedzy na temat odżywiania, bez zbędnych treści i reklam. Ja dowiedziałam się naprawdę wiele ciekawych rzeczy.

Trzecia część zawiera stwierdzenia, które są dla mnie oczywiste. Wiem jak ważny jest sport i dobre nastawienie, wiem jak nasz organizm reaguje na stres i jak żyć w świadomy sposób. Nie wiedziałam jednak o co chodzi z tymi naszymi codziennymi cyklami biologicznymi. Poradnik w świetny sposób opisuje co dzieje się z naszym organizmem w poszczególnych godzinach doby!

Oprócz tego w książce jest kilka ciekawych załączników. Dla mnie najbardziej praktyczny z nich to załącznik E. Grupy produktów żywnościowych. Wiem już co do czego przypisać ;)

Jakie Wy macie podejście do zdrowego odżywiania? Może jest coś co bardzo Was zaskoczyło i zszokowało odnośnie takiego jedzenia? Znacie jakieś ciekawostki na ten temat? Ja chętnie dowiem się czegoś jeszcze. Jeżeli Wy także chcielibyście zgłębić tą wiedzę to zapraszam na stronę wydawnictwa. Bezpośredni link do książki macie tutaj. Polecam ;)

Logo              StudioAstro
Czytaj dalej

Jak zamienić duży bagaż na mniejszy bagaż?


Wiecie czego najbardziej nie lubię w wyjazdach? 
Pakowania!

Zawsze znajdzie się jeszcze coś co mogłoby się przydać. To upchnę tutaj, a to tam i walizki nie chcą się domykać. Mam tysiąc wizji, pomysłów i to nie wychodzi mi na dobre. Dobrze, że mamy w miarę duży bagażnik w samochodzie.

Często zastanawiam się jak zminimalizować liczbę rzeczy, które zabiorę ze sobą na wyjazd. Szukam wtedy jakichś świetnych rozwiązań. Czasami mi się udaje :) Ostatnio znalazłam sposób jak zastąpić tonę balsamów, kremików i mazideł jednym żelem.

PANTHENOL ŻEL.

Jest to mała (100ml) tubka, przeźroczystego żelu, który pomaga na bardzo wiele wakacyjnych przypadłości. Łagodzi podrażnienia skóry:
- spowodowane nadmiernym opalaniem i różnymi czynnikami zewnętrznymi
- po ukąszeniach przez owady
- poparzenia przez meduzy
- kuracja odżywczo- regenerująca (skóra sucha ze skłonnością do alergii).

Żel jest bezbarwny i prawie bezzapachowy- można wyczuć delikatny zapach aloesu ale trzeba mocno się skupić ;) Konsystencja jest idealna: nie rzadka, nie gęsta. Tak jak lubię. Jeżeli chodzi o wchłanianie to nie jest już tak kolorowo. Pomimo zapewnień producenta, że żel wchłania się łatwo musi upłynąć dłuższa chwila żeby zniknął on z naszej skóry. 

Na opakowaniu można wyczytać, że jest to produkt hipoalergiczny i można go stosować do każdego rodzaju skóry nawet u dzieci. Faktycznie u mnie i męża nie powoduje żadnych podrażnień i wysypki. Filip ma swoje kosmetyki i nie odważyłam się posmarować go tym żelem. 

Świetnie spisuje się po ekspozycji na słońce. Nakładając go doznajemy miłego uczucia chłodu i ukojenia, które trwa aż do momentu wchłonięcia się specyfiku. 

Dzięki aloesowi, alantoinie i witaminom A, E i F żel łagodzi skutki uszkodzeń i pęknięć naskórka. Przyspiesza jego regenerację i poprawia nawilżenie. O czym przekonały się moje suche łokcie.

U mnie okazał się też przydatny, gdy otarłam sobie nogi od nowych butów. Chłodek żelu przyniósł prawdziwe ukojenie. 

Dobrze dał sobie radę z ugryzieniami komarów. Posmarowane bąble jakoś tak w magiczny sposób przestały swędzieć.

Jeżeli planujecie wakacje i brakuje Wam miejsca w torbie to śmiało możecie zastąpić kilka kosmetyków do pielęgnacji tym żelem.

Jeżeli chcecie poczytać więcej to odsyłam Was na stronę producenta ----> KLIK
Możecie zakupić go np. TUTAJ.


A jak u Was wygląda pakowanie bagaży na wakacje? 
Liczycie się z każdym centymetrem w walizce? Planujecie? 
A może większość rzeczy kupujecie na miejscu?

Czytaj dalej

Filip i jego pierwsza wyprawa nad morze.



Przed wyjazdem byłam trochę skołowana. W mojej głowie pojawiało się tysiące pytań i wątpliwości. Jedne myśli były optymistyczne i wesołe, a inne smutne i niezbyt kolorowe. Jak tu jechać z takim małym dzieckiem nad morze? Zwyczajnie. Nie dowiesz się jak, jeżeli nie spróbujesz.

Wyjazd nie był specjalnie planowany. Pomysł padł raczej spontanicznie. Zresztą jak większość naszych wyjazdów.Natomiast cała podróż, plażowanie i powrót były zaplanowane przeze mnie dokładnie.

1. Podróż.

Droga nad morze miała trwać około 3,5 godziny z postojami. Wybieraliśmy się samochodem. Mój Filip jest urodzonym podróżnikiem, a jazda samochodem sprawia mu ogromną radość i frajdę. Wyjeżdżaliśmy bardzo wcześnie tak żeby ominąć upał. Filip 3/4 trasy przespał, a gdy się obudził to zajadał bułeczkę i pił wodę. Oczywiście także podziwiał widoki za oknem. Nie trzeba było specjalnie go zabawiać. Jeżeli natomiast nie masz tyle szczęścia co ja to polecam zaopatrzyć się w jakieś książeczki, zabawki lub tablet z bajką.

2. Plażowanie.

Na plaży byliśmy bardzo wcześnie. Nie było jeszcze słoneczka, ludzi i hałasu. Dało to nam kilka chwil do przyzwyczajenia dziecka z nowym miejscem. Dokładnie zbadał piasek, poobserwował morze i wybadał teren. Polecam taki sposób ;)

A więc mówicie, że to jest morze?

Łaaał!!!!



 No to teraz się zabawimy ;)





Gdy wyszło słoneczko od razu na głowie Filipa pojawił się kapelusz, a ubranko poszło do plecaka. Filip został przebrany w pampersika do pływania, nasmarowany kremem i zaczął beztroską zabawę. Swoją drogą byłam pozytywnie zaskoczona, że w tym roku nie spotkałam dziecka z gołą pupą. Jak dla mnie jest to nieetyczne i niehigieniczne. Nie ważne, że dziecko jest małe. Ono siada swoim tyłeczkiem w miejscu gdzie spacerują psy i ludzie (być może z grzybicą).




Cały czas latałam za Filipkiem z wodą do picia. Pilnowałam żeby wypił jej dużo. Chociaż nie miał apetytu nie przejmowałam się, bo komu chce się jeść w taki upał? Ważne, że pił dużo. Oczywiście nie obyło się też bez piersi. Młody domagał się jej dość często. Kładliśmy się wtedy za parawanem i przytuleni do siebie 'karmiliśmy się' cycusiem. Myślę, że takie dyskretne karmienie i zmiana pieluszek nikomu nie przeszkadzała. Staraliśmy się zachować przy tych czynnościach jak najwięcej intymności.

Filip zaliczył kilka przybrzeżnych kąpieli morskich. Zjadł trochę piasku, posmakował słonej wody i dobierał się do kamieni ale bardzo mu utrudnialiśmy tą misję.

Na plaży nie leżeliśmy plackiem przez cały czas. Bardzo często szliśmy na deptak oglądać stoiska z pamiątkami, skosztować gofrów, zjeść lody, obiad lub zwyczajnie skryć się w cieniu.

Zabawy z tatą są super!


3. Powrót.

Wracaliśmy późnym popołudniem, gdy słoneczko przestało już tak mocno prażyć. Tak wraca się przyjemniej. Filip oczywiście znów przespał 3/4 podróży. Na sam koniec, przed samym domem zaczął odrobinę marudzić. Zmęczenie dało mu się we znaki i marzył (zapewne) o swoim łóżeczku. Przekraczając próg domu odżył i rozbudził się całkowicie. Wystarczyło mu, że zobaczył ciocię i dziadków żeby nabrać sił na brykanie. Tak uroczo się tulił do nich jakby chciał powiedzieć, że tęsknił.


Pomimo tego, że mam jedynie dwa zdjęcia z Filipkiem (i to nie za piękne) to było warto! W tym roku na pewno pojedziemy jeszcze na taką wycieczkę!

Pozdrawiamy cieplutko! A Wy jak spędzacie wakacje?




Czytaj dalej

Świadome opalanie! Akcja Słońce bez czerniaka.

czerniak 11


Ostatnimi czasy w blogosferze zawrzało od wpisów na temat świadomego opalania. I bardzo dobrze! To wszystko za sprawą Adriany z bloga www.kosmetomama.pl

Ja też postanowiłam przyłączyć się do akcji i przypomnieć Wam jak zdradliwe może być słoneczko, które wszyscy kochamy. Także wybaczcie mi ale będzie trochę pouczania i przypominania. To wszystko jednak dla Waszego dobra.

Każdy z nas uwielbia słońce, plaże, opaloną skórę... Wszystko to kojarzy nam się z relaksem, odpoczynkiem i atrakcyjnym wyglądem. Jednak co nam po tym 'wszystkim' jak za chwilę może nas nie być? Czerniak to bardzo złośliwe zwierzątko, które czeka tylko na to aż zapomnisz nasmarować się kremem z filtrem lub źle o siebie zadbasz podczas ekspozycji na słońce. Nie prowokujmy więc tego złego zwierza i chrońmy siebie oraz nasze dzieci. Jak? Wystarczy pamiętać o kilku rzeczach:

- Krem z filtrem. 
To podstawa i nie można o nim zapominać. Dorośli z jasną karnacją i dzieci powinni używać kremu od 30 do 50 spf. Dorośli o ciemniejszej karnacji mogą sobie pozwolić na niższy filtr 15-20. Smaruj całe ciało włącznie z buzią i rękoma. Po kąpieli w wodzie również trzeba się nasmarować. Nie załuj kremu, bo na zdrowiu się nie oszczędza!

- Nakrycie głowy. 
Wiem, że mamy czasy w których modą jest nieubieranie dziecku czapki. Ja też rzadko to robię ale, gdy nadchodzą ciepłe dni bez nakrycia na głowę się nie ruszamy z domu. Nawet podczas zabawy w cieniu Filip ma na sobie cienką chustkę lub kapelusik. Chociaż uparcie próbuje je ściągać to e mną i tak nie wygra ;)

- Okulary przeciwsłoneczne.
Pamiętajcie, że nie każde okulary chronią przed słońcem. Wiem, że kupno okularów przeciwsłonecznych u optyka może wydawać się śmieszne i wiązać z większym wydatkiem ale można spojrzeć na to w inny sposób. Na bazarku przez całe lato kupię ok 5 par okularów po 10 zł- to może lepiej zainwestować te 50 zł i kupić od razu takie droższe i z filtrem?

- W godzinach 11-14 szukajcie cienia.
To nie są bajki i mity, że w tych godzinach promieniowanie ma najgorszy wpływ na nasze ciało. Pamiętajcie o tym!

Jeżeli chcielibyście poczytać więcej o czerniaku i tym co może Was zaniepokoić to zapraszam Was do Adriany ----> KLIK.


Mam nadzieję, że będziecie mądrze korzystać z  wakacyjnych uroków. Życzę Wam ciepłych, przyjemnych i odprężających wakacji :)




Czytaj dalej

Gdy rodzi się wcześniak...


Z chwilą, gdy ujrzymy dwie kreski na teście zastanawiamy się jak to będzie. Czym właściwie jest rodzicielstwo i czy podołamy tej sprawie? Kolejne myśli pojawiają się wraz z obawą o to czy nasza pociecha urodzi się zdrowa. Boimy się wszelkiego rodzaju inności, chorób i tego, że nasze Małe Szczęście może mieć jakieś zdrowotne problemy. Co się dzieje, gdy rodzi się wcześniak? Strasznie dużo.

Czytaj dalej